Właściwie wszystko na enduro wygląda inaczej. Patrzysz i widzisz, słuchasz i słyszysz, wąchasz i czujesz. To zupełnie inne wrażenia od atmosfery miasta. W mieście ludzie idą nie patrząc co się wokół nich dzieje. Na uszy naciągają słuchawki, aby nie słyszeć otoczenia. Zatykają nos wchodząc do autobusu, aby nie dostać porażenia węchu. Krótko mówiąc izolują się od całej tej reszty. A tu motocykl.
Po wydobyciu Wojtka ruszamy w górę. Ja natomiast umieram w melasowym żlebie. Nie udało mi się podjechać gazem. Dzień, dwa, góra tydzień i już nabiorę wprawy. Z góry zjeżdżamy do jakiejś wioski. Kotwiczymy motocykle przy sklepie. Chłopaki idą na zakupy do sklepu. Nie wiem z jak i z skąd, ale zjawia się nazwijmy go Stepan. Gada o tym i o tamtym. Właściwie to nie do końca Go rozumiem. Chyba jest nieco nastukany. Z naciskiem na słowo nieco. Za Stepanem przychodzą inni. Robi się wiejskie kółko dyskusyjne. Chwilami, a właściwie przez cały czas mam wrażenie, że nie mam zielonego pojęcia o czym dyskusja się toczy. I powiem Wam, wcale mi to nie przeszkadzało. Od czasu do czasu zabieram w niej głos i o dziwo nadal się toczy swoim torem. Chłopaki przynoszą herbacianą różę. No cóż za piękny bukiet. A i okoliczności robią swoje. Pani sklepowa mówi, że zamyka bo za chwilę autobus. Ale we wsi jest jeszcze jeden sklep.I jest naprawdę. Tylko każdy wychowany w relacyjnym marketingu na pewno go nie znajdzie. To, że nie ma szyldu to pikuś. Powiedzmy Pan Pikuś. Nie widać nawet tego, że to sklep. Ale można to mieć w wielkim poważaniu. I tak wszyscy wiedzą, że tam jest sklep. I to tak naprawdę wystarczy. A sklep jest i to jaki?. Bezcenne. Nie zapłacisz w nim mastercardem. Upojeni wonią herbacianej róży ruszamy w górę. Droga niestety w górę, masakryczna. Na luzaku da się ją nazwać kamiennymi schodkami w górę Pewną trudność stanowi to, że ciężko jest sięgnąć nogami do podłoża. Z wielkimi trudnościami i sporą obcą pomocą udaje mi się dotrzeć do góry.
Miklasz dociera nieco później. Nie ma Wojtka. Nie ma go dłuższą chwilę. Chyba musimy wrócić. Może utonął w błocie? Miklasz zawrócił pierwszy. Jako, że nie wrócił , ruszyłem i ja. Dojeżdżam do ścieżki gdzie widzieliśmy się ostatni raz. Widzę w oddali dwie postacie. Niestety motocykl tylko jeden? Pora na ocenę sytuacji. Jest Wojtek, ale brak motocykla !
- Co jest to cholery ? Gdzie zgubiłeś pojazd ?- Pojechał windą, ale piętro niżej.
- Jaką windą ? Jakie piętro niżej? Nie wiem co żeś palił chłopie, ale bierz tego świństwa mniej
Teraz dopiero dostrzegamy, że na krawędzi drogi jest lej wypłukany spływającą wodą ze strumyka. Idzie on ostro w dół. Na dole leży motocykl Wojtka. W sumie prawie prosta droga była
- Jak, do diabła, żeś to zrobił ?
- Sam chciałbym to wiedzieć. Jadę sobie za wami, aż tu nagle zawinęło przednie koło w koleinę i sru lecę windą w dół. Motocykl gdzieś został, a ja dalej lecę. Jakby mi się ta winda urwała. Zanim się wydrapałem na górę myślałem, że ducha wyzionę.
Wiążemy zatem do kupy wszystkie wolne linki i taśmy bagażowe. Wojtek mota je za bagażnik i próbujemy wyciągać.
- Nie tak, nie tak. Tam wiąż podpowiadamy
Nie wiadomo z skąd znalazł się jakiś lokalny pasterz. Mówił coś po swojemu. Nie do końca wszystko dało się zrozumieć, ale wyraźnie domagał się wiązania za wahacz, przy osi koła. Gostek na końcu naszej liny zasadził swój kosturek i tak mogliśmy ciągnąć we trzech do góry. Wojtek starał się utrzymywać motocykl w okolicy pionu. W pionie, ale na kołach to umownie. Metr po metrze wyciągamy cholerę w górę. Początkowo szło słabo, bo ciągle się o coś kleszczyło. Im bliżej góry tym łatwiej. Trening czyni mistrza. W końcu obaj są na górze. Znaczy i endurko i Wojtek.
Pora na ocenę strat. Właściwie nie ma żadnych zniszczeń. Nie do wiary, ale tak jest. Wojtek cały, nawet humoru nie stracił. Motor nawet klamki nie złamał. Dopiero teraz, gdy akcja została zakończona powoli dociera do mnie co się stało. A tak naprawdę, to co się stać mogło. Nie wiem w sumie czy to kwestia umiejętności czy szczęścia. Jednak w życiu trzeba mieć pewien kredyt od opatrzności. Właściwie wjechał do studni. I to takiej gdzie ściany wyznaczają głazy i drzewa. Leciał ileś tam metrów pionowo w dół. Najpierw razem z maszyną, a potem sam. Najpierw zaliczył strzał z procy przez kierownicę i to nie w poziomie, a w pionie i nic. Nic, prócz pogiętego metalowego kubka. Pożegnaliśmy się serdecznie z Sergiejem. Jak pojawił się znikąd tak szybko zniknął i tyle go wiedzieliśmy w tych górach.

Ruszamy dalej. Ma się już ku wieczorowi. Zaopatrzenie w prowiant mamy zrobione. Czas rozejrzeć się za jakąś fajną miejscówką na spanie. Właściwie apartament przychodzi sam. Wyjeżdżamy z lasu na zarąbiste przestrzenie. Ogromna łąką. Pod lasem kilka zwalonych, a może położonych drzew. W sumie nie ważne jak to się stało, ale opału mamy w opór. W dole pod nami wioska i banie cerkwi złocące się w blasku chylącego się za chmurki słońca. A wokół góry, góry, góry. Absolutny czad. W głowię się pętli;
- A jeśli dom kiedyś będę miał to w takim miejscu koniecznie. i będzie bukowy koniecznie, pachnący i serdeczny. Wieczorem usiądę, wiatr gra, a zegar na ścianie gwarzy Jedziemy przez wysoką trawę na miejsce naszego biwaku na polance. Rozstawiamy klamoty, ognisko i jest bosko.
Nowy dzień przynosi nam nowe doznania. Nie słychać autobusu ruszającego z przystanku trzy piętra niżej. Nie ma tramwaju zawracającego na pętli i sąsiada ze swoim super sebringowym wydechem jadącego do roboty. A i tak wszystko wokół żyje. Jakieś muchy, świerszcze, dzwonki krów w oddali i cała masa różnych dźwięków. Szum trzmiela ( taka kuchenka, ale akurat prawie miejscowa) i zapach kawy. To wszystko niesie ze sobą jakiś. luz, spokój i harmonię. Jakbym znalazł się w zupełnie innym świecie. Tak, to jest zupełnie inny świat.
www.emotocykl.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz